Na Dolnym Śląsku jest coraz mniej zwierząt gospodarskich. Bez przerwy maleje pogłowie krów mlecznych, trzody chlewnej i owiec. Jest jednak jeden wyjątek – bardzo powoli rosną w regionie stada bydła mięsnego. To szansa na dodatkowy, a czasem jedyny dochód dla wielu rolniczych gospodarstw.

Rodzina Bernatowiczów to hodowcy z powołania. – Ja zaczynałem w 1978 roku od krów mlecznych. To był mój pierwszy start w gospodarstwie rolnym – wspomina pan Eugeniusz, rolnik ze wsi Marcinowiczki.

Po mlecznych krowach były kury, świnie, a teraz wreszcie bydło mięsne. Byli pierwsi w okolicy. – To była nowość. Nie było takiej tradycji, jeśli chodzi o hodowle bydła mięsnego to hodowcy musieli uczyć się z książek czy z podróży po Europie – mówi Artur Bernatowicz.

I uczą się nadal. – Przeszedłem m.in. kurs inseminacyjny żeby sprowadzać nasiona najwyższej jakości z Francji – ojczyzny mojej rasy, rasy Charolaise –dodaje rolnik.

Ze stada szarolezów żyje cała rodzina. – Jest dużo pracy, jak się krowy wycielą. Przy cielakach jest dużo pracy: trzeba pilnować, trzeba wstawać w nocy. Trzeba tego cielaka dopilnować – mówi Wioleta Bernatowicz.

Paweł Mazur od kilkunastu lat utrzymuje się z hodowli bydła mięsnego na podgórskich łąkach. – Dzisiaj jest nienajgorsza koniunktura – ceny są coraz lepsze. My też mamy coraz lepszy materiał hodowlany. Bardzo chętnie są kupowane. Ja produkuje odsadki – stwierdza mężczyzna.

Odsadki, czyli 10-miesięczne młode bydło, które sprzedaje współpracującym z nim rolnikom, gdy krowy z cielętami schodzą z pastwisk. – Bydło, które my produkujemy to jest tzw. wołowina kulinarna. To bardzo dobra wołowina i ona bodajże w 90% znajduje zagraniczne rynki zbytu – dodaje Mazur.

Eksport bydła do unijnych krajów rośnie. I całe szczęście, bo Polacy wołowiny jedzą tyle co nic. Tylko półtora kilograma rocznie.