Wałbrzych ostatnich lat to niekończący się sen o pociągu. A kilka dekad wstecz były... złote czasy sportu. Grali tu Włodzimierz Ciołek, Marian Szeja, Tadeusz Pawłowski. Derby Zagłębia z Górnikiem o ligowe punkty? Może spotkają się kiedyś na futbolowej pustyni, między IV ligą a B-klasą.

Twój dom stał się czyimś domem? W dodatku twojego największego wroga? Eksmisja Zagłębia ze Stadionu Tysiąclecia na Białym Kamieniu była jeszcze przed fuzją, ale dwa nienawidzące się kluby, walczące kilka dekad wstecz o panowanie pod Chełmcem, na początku lat 90. stały się jednym. "Klub Piłkarski Wałbrzych" długo nie przetrwał. Podobnie jak ci, którzy liczyli na uśmiech losu po upadku kopalni. Zamiast złudzeń była czarna rzeczywistość. Czarna jak węgiel z biedaszybów. I bezsensowna jak sen o złotym pociągu.

Podróż na trasie Wrocław – Wałbrzych miał na początku lat 70. Tadeusz Pawłowski. Dzisiaj kojarzony tylko ze Śląskiem. A pierwsze kroki przy ligowej piłce stawiał pod Chełmcem. – Świetne zaplecze było w Wałbrzychu. Mimo że miałem 17 lat, dostałem kawalerkę, co ciekawe, po trenerze Antonim Brzeżańczyku. Pamiętam dokładnie, było to na Piaskowej Górze, mieszkałem na Duracza 13. Baza Zagłębia robiła wrażenie. Piękny, nowy stadion, doskonała murawa. Boczne boisko również w dobrym stanie. Pamiętam, z tyłu za stadionem było jeszcze takie o nawierzchni mineralnej, dzisiaj się mówi szutrowej, kortowej. Do tego sala gimnastyczna, basen. Warunki treningowe bardzo dobre, idealne do rozwoju – opowiada "Teddy".

Wychowanek Pafawagu Wrocław pokazał się wchodząc na boisko w II połowie meczu pierwszej, historycznej edycji Pucharu UEFA. 3 listopada 1971 roku Pawłowski zmienił w 46. minucie Andrzeja Głucha. Dwadzieścia minut później wyrównał na 1:1 w meczu z rumuńskim UT Arad. Gospodarze wygrali 2:1 po dogrywce, a długowłosy chłopak postawił ważny krok w karierze. Choć niewiele brakowało, żeby w tamtym spotkaniu nie zagrał. – Pojawiły się problemy na granicy. Jechaliśmy pociągiem z Budapesztu na miejsce, do Arad. Celnicy przyczepili się do moich długich włosów. Na szczęście udało się jakoś rozwiązać ten problem. Ale z tą swoją fryzurą wzbudzałem na pewno wielką sensację – uśmiecha się. Był to jedyny występ Zagłębia w europejskich pucharach. W przeciwieństwie do Pawłowskiego, z zielono-czarnymi było już tylko gorzej...

Tadeusz Pawłowski (fot. PAP) Tadeusz Pawłowski (fot. PAP) .

Zmieniając węgiel w miedź

Widok ze stadionu na Białym Kamieniu. Z trybuny głównej widać Chełmiec. Obracając głowę trochę w lewą stronę zobaczymy nieoficjalny symbol miasta – szyb kopalniany. – Sytuacja w Wałbrzychu jest bardzo złożona. Żeby ją poznać trzeba się cofnąć do poprzedniego systemu. Była w nim uprzywilejowana grupa górników, którym się wszystko należało. Dzisiaj przyzwyczajonym do tego, że mieli wszystko za darmo, trudno jest zrozumieć, że muszą płacić – a co więcej – dawać coś od siebie – mówi Robert Radczak, wieloletni współpracownik Polskiego Radia, mieszkający tu od urodzenia.

To nie jest tak, że Wałbrzycha nie stać. Dzisiaj gospodarczo nie odbiega od innych miast, które mają drużyny na poziomie centralnym - Siedlec, Radomia, Koszalina i Mielca. Mówię o takiej porównywalnej półce. To są miasta, które potrafiły się otrząsnąć. Bardzo podobnym przykładem dla Wałbrzycha jest Sosnowiec. Też miał sporo drużyn na wysokim poziomie, a teraz wszystko kuleje – analizuje Radczak.

Wałbrzych jest drugim pod względem ludności miastem na Dolnym Śląsku, liczba mieszkańców waha się od 100 do 110 tysięcy. W czasach sportowego wyżu, również tego ekonomicznego, mógł się pochwalić dziesięcioma zespołami na ekstraklasowym poziomie. Od tenisa stołowego w Gorcach i zapasów, na siatkówce męskiej i żeńskiej koszykówce kończąc. Dzisiaj dawne województwo wałbrzyskie zastąpił na sportowej mapie Lubin. Zagłębie miedziowe ma się bardzo dobrze i może spoglądać z politowaniem na sport w Wałbrzychu.

Sen o potędze szybko może się jednak zmienić w koszmar. – Łatwo sobie wyobrazić co będzie w Lubinie jak KGHM przestanie finansować kluby sportowe. Region miedziowy się trochę do tego przygotowuje. W Wałbrzychu likwidacja górnictwa nastąpiła niemal z dnia na dzień. Ludzie stracili pracę, kopalniane niedobitki – elektrociepłownie i koksownie, to resztka wielkiego przemysłu. Gdyby coś takiego wydarzyło się w tzw. zagłębiu miedziowym, to ten region przeszedłby tą samą drogę co Wałbrzych. Dzisiaj jednak gospodarczo Polska wygląda inaczej niż na przełomie lat 80. i 90. – zauważa Radczak.

Realia z otwartym rynkiem na zagraniczny kapitał, możliwość szybkiego przebranżowienia, większa mobilność pracowników. Jest inaczej. Wspomnienia dawnych lat wciąż są żywe, ale dzisiaj piłkarskie Zagłębie jest w B-klasie. W Górniku wcale nie jest lepiej, IV liga nie brzmi zbyt dumnie. Tyle samo punktów co chluba Wałbrzycha ma teraz Sokół Wielka Lipa.

Trzydziestka na karku

Niezależnie od wyników kibice wiedzą swoje. Nieważne kto i gdzie jest, liczy się tylko panowanie w mieście. – Zagłębie miało swoje 5 minut, awans i gra w najwyższej lidze. Zajęło trzecie miejsce i przyczyniło się do spuszczenia Śląska Wrocław do II ligi. Ale klubem bardziej lubianym w Wałbrzychu był Górnik. Brały się z tego duże animozje. Działy się różne rzeczy z tym związane. Środowisko kibiców jest bardzo skłócone i podzielone – opowiada Radczak.

Wspomina nieszczęsną fuzję z początku lat 90., która zamiast pomóc, jeszcze bardziej skłóciła środowisko: – Klub Piłkarski Wałbrzych mecze w roli gospodarza grał na stadionie Zagłębia. Ten obiekt był wtedy po prostu w lepszym stanie. Na trybunach sympatycy nieźle potrafili sobie dopiec. Nawet były takie szaliki pół na pół, część biało-niebieskich, a część zielono-czarnych – pokazuje obrazowo dzieląc szalik na połowę.

Dzisiaj Zagłębie z Górnikiem ani się nie połączy, ani tym bardziej nie zagra w jednej lidze. Złośliwcy mogą życzyć spadku zespołowi "górników", ale do B-klasy droga jest jeszcze daleka. A jak to było podczas derbów na przyzwoitym ligowym poziomie?

Pamiętam mecz po spadku Górnika z ekstraklasy. Był to początek lat 90. Grano z Zagłębiem w Wielką Sobotę. Na trybunach kilka tysięcy. I ktoś wymyślił konkurs rzutów karnych dla kibiców. Z sektora Górnika początkowo nikt nie chciał wyjść. Tych najzagorzalszych było 2-3 tysiące. A z Zagłębia 500 osób. Ci drudzy w końcu wyszli do konkursu. W tym czasie ekipa z Górnika ruszyła, najpierw poszło pięciu, później dziesięciu, aż cała wataha znalazła się w sektorze Zagłębia. Skroili im flagi i tyle było zabawy, a konkurs się nie odbył – z uśmiechem wspomina Radczak. Zaczynał wtedy pracę jako dziennikarz, dzisiaj o takich historiach lubi opowiadać.

Miejscowi wspominają również walkę Górnika o pozostanie w ekstraklasie. Akurat przyszło grać z Zagłębiem Lubin (sezon 1987/88), wtedy jeszcze raczkującym, dopiero wchodzącym na salony. Po zwycięstwie 2:1 u siebie – 2:2 w Lubinie dało Górnikowi sukces. A piłkarzom spod Chełmca tak zależało na ograniu "miedziowych", że Leszek Kosowski przy stanie 1:2 wyskoczył poturbowany z karetki i wrócił na boisko, żeby pomóc kolegom w barażowej kopaninie. A rok później Górnik i tak pożegnał się z krajową piłkarską elitą. Doczekamy kolejnej okrągłej rocznicy, w 2019 roku minie 30 lat bez Wałbrzycha w ekstraklasie.

Marian Szeja (fot. Facebook.com) Marian Szeja (fot. Facebook.com) .

Szeja francuski, Ciołek wałbrzyski

Przez miasto przewinęło się wielu utalentowanych piłkarzy. Cytowany Pawłowski to ważny, ale jednak epizod. Nieprzypadkowo traktowany jest jak legenda Śląska Wrocław. A jaki mamy wybór między najlepszymi w historii wałbrzyskiego futbolu? Pierwszy to bramkarz Marian Szeja. Zatrzymał Pelego na Maracanie (mecz towarzyski z 1966, przegrany przez Polaków 1:2), był w kadrze na igrzyskach w 1972 roku. Nie zagrał ani minuty, więc na złoty medal musiał czekać aż do łaskawego przyznania w 2007 roku. Szeja pograł ładnych parę lat we Francji i stał się bardziej rozpoznawalny w Auxerre aniżeli w Wałbrzychu. Pod Chełmiec wrócił na stare lata, dorabiał jako taksówkarz. Zmarł 25 lutego 2015 roku.

Drugi z wielkich to pomocnik, niektórzy twierdzą, że wirtuoz – Włodzimierz Ciołek. Rodowity wałbrzyszanin, co czyni go "lepszym" od Szei (ten wywodził się z Siemianowic Śląskich). – Wspaniały technik. Pomocnik potrafiący kierować grą. Duże umiejętności techniczne, przez długi czas reprezentant Polski – wspomina o 3 lata starszy od niego Pawłowski. Legenda Górnika, król strzelców sezonu 1983/84, gdy "górnicy" byli liderami na półmetku ekstraklasowych rozgrywek. I to jako beniaminek! Zimą wszystko się posypało, zaczęły się kłótnie o pieniądze, jak to w Polsce bywa. A jak nie ma sianka, to nie ma granka. Ciołek był na mundialu w 1982 roku, popisał się nawet golem. Ostatnie lata spędził na szkoleniu młodzieży w położonej niedaleko od Wałbrzycha Jedlinie-Zdrój.

Obecnie trudno jest szukać kogoś, kto zaczął pod Chełmcem i olśniewa. Bardzo dobrze zapowiadał się Michał Bartkowiak. Mając 16 lat już grał w seniorach Górnika, co niestety przełożyło się na późniejsze kontuzje. Teraz ma 21, a po nieudanej przygodzie w Śląsku Wrocław gra w legnickiej Miedzi. Co ciekawe, w stolicy Dolnego Śląska był jednym z młodych-zdolnych w talii kart ówczesnego trenera WKS, Tadeusza Pawłowskiego. Za trenera Mariusza Rumaka sen o Wrocławiu się skończył. Kto wie, może za kilka lat jak Ciołek powróci do Wałbrzycha i dźwignie Górnika? Różnica jest jednak taka, że tamten wrócił do klubu ekstraklasowego.

Światełko nadziei? Szkolenie młodzieży, które ostatnio ruszyło z kopyta. Mimo zapaści seniorów klub Górnik działa, powstają nowoczesne obiekty, coraz efektowniej wygląda teren dookoła Stadionu Tysiąclecia. Kompleks Aqua Zdrój i sztuczne boiska przy ul. Ratuszowej mogą pomóc tchnąć nowego ducha pod Chełmcem.

Światła miasta

Wałbrzych zmienił się w ostatnich latach. Kiedyś na derbowym meczu z Miedzią legniccy "kibice" krzyczeli na Stadionie Tysiąclecia:
– Brudne paznokcie, kolana, morda i łokcie.

Albo:
– Biedaszyby, biedaszyby!

Dzisiaj nie znajduje to potwierdzenia w nowej rzeczywistości. W Wałbrzychu da się znów żyć, po brutalnej transformacji na przełomie lat 80. i 90.

Weźmy przykład Wrocławia. Wielkie tradycje koszykarskiego Śląska, także siła piłkarskiego, do tego jeszcze piłka ręczna – patrząc tylko na gry zespołowe. Dziesiątki medali. I co? Bez miasta nie ma piłki nożnej. Koszykówka jest w symbolicznym – jak na Wrocław – wymiarze. O piłce ręcznej nie wspomnę. My drapiemy się po głowie co ze sportem Wałbrzycha, a zobaczmy, co się stało w stolicy Dolnego Śląska – kończy redaktor Radczak.

Zapalają się pierwsze światła miasta. Pora wracać do Wrocławia. Tam też jest ciemno pod sportową latarnią. Nie wymagajmy więc cudów od Wałbrzycha. No, chyba że odkryją wreszcie swój złoty pociąg. Do futbolu...

Maciej Piasecki