Sadownicy na Dolnym Śląsku zbierają ostatnie jesienne jabłka, a to oznacza, że sezon na rodzime owoce nieuchronnie dobiega końca. Tu i ówdzie zostało jeszcze trochę gruszek, węgierek, malin, ale tak naprawdę sady już szykują się do zimowego snu.

Jabłka twarde, intensywnie czerwone i najpóźniejsze ze wszystkich odmian zbierane są w sadzie w Jenkowicach. – Z początku było ciężko to sprzedać, a w zeszłym roku nam cała produkcja poszła do Słowenii. Wyeksportowaliśmy przez pośrednika, ale w dobrej cenie, koło złotówki za kilogram – mówi Wiesław Podczaszyński.

W tym roku ceny lepsze, ale owoców znacznie mniej. Wiosną chłody i deszcze nie sprzyjały ani kwitnieniu, ani zapylaniu. Tyle dobrego, że na Dolnym Śląsku nie doszło do katastrofalnych przymrozków. – Ten strumień zimnego powietrza został odbity i skierowany w rejon Łodzi i Grójca i tam sadownicy ucierpieli najbardziej – twierdzi Mieczysław Ziętek z Mokronosu.

Wiesław Podczaszyński przerabia niewielką część owoców. Suszy śliwki w sadzie, wyciska soki z jabłek, czereśni i malin. – Kupcy płacą różne ceny. Można przetworzyć i zyskać troszeczkę – mówi sadownik.

By więcej zyskać, trzeba coraz więcej wydać na sad. W Jenkowicach owoce zbiera się już na najwyższym poziomie – w sensie dosłownym – z platformy. Wysokie jabłonki mają dwa razy wyższy plon.

Sadownicy szukają nowych, smacznych i kolorowych odmian owoców. Bo intensywne barwy są w cenie. W Jenkowicach obok jabłoni nadal kwitną jesienne maliny. Jeszcze długo będzie je można zbierać. – Z sadu jabłoniowego nie szło końca z końcem związać. Myślę, że to się opłaci – mówi Wiesław Podczaszyński.

Sadownicy zapełniają teraz chłodnie zebranymi owocami. To zapasy aż do następnych zbiorów.