To był fenomen. W latach 80., gdy niemal cała opozycja antykomunistyczna mówiła o porozumieniu z władzą, oni wykluczali kompromisy. Metody konspiracji doprowadzili do perfekcji, sami inwigilowali bezpiekę. Solidarność Walcząca z Kornelem Morawieckim na czele była uznawana przez władzę za największe zagrożenie dla systemu.

Dziś niepozorny starszy pan, w latach 80. dla władz wróg numer 1. Kornel Morawiecki założył Solidarność Walczącą w czerwcu 1982 roku. Trwał stan wojenny, a grupa działaczy z Wrocławia wpisała na sztandary radykalne hasło – „Komunistyczna władza musi odejść”. – Nam się wydawało, że po tym haniebnym wydarzeniu, jakim był grudzień 81, z tymi komunistami to się już poważnie nie da rozmawiać, bo to był moment, gdy się dogadali, a potem zdradzili podstępnie – wspomina Kornel Morawiecki.

Organizacja szybko rosła w siłę. Na jej wezwanie tysiące wrocławian wychodziło na ulice. Demonstracje kończyły się starciami z ZOMO. Do tego podziemne wydawnictwa i rozgłośnia radiowa. Dla Służby Bezpieczeństwa rozbicie Solidarności Walczącej i schwytanie jej lidera stało się priorytetem. Przez ponad 5 lat bezpieka była bezradna. Głównie dzięki temu, że... sama była inwigilowana przez wrocławskich opozycjonistów. To kolejny fenomen Solidarności Walczącej – stały nasłuch radiowych częstotliwości używanych przez Służbę Bezpieczeństwa.

Kornel Morawiecki wpadł w 1987 roku – przez przypadek, w konspiracyjnym lokalu namierzonym przez SB. – Anegdota mówi, że jeden z esbeków powiedział: „Przywódca takiej organizacji nie ma nawet broni?”, a Kornel na to: „ja nie mam, ale jak mnie powiesicie, to następny będzie miał UZI” – wspominają członkowie Solidarności. Pół roku później, dzięki podstępowi bezpieki, wyjechał z kraju. Gdy po trzech dniach próbował wrócić, prosto z lotniska został deportowany do Wiednia. Wrócił nielegalnie po kolejnych kilku miesiącach i znów stanął na czele Solidarności Walczącej, która sprzeciwiała się porozumieniu Okrągłego Stołu.