„Dziesięć pożarów od marca na niewielkim terenie – to nie może być przypadek” – mówią leśnicy z Węglińca i oferują 10 tys. zł za pomoc w namierzeniu podpalacza. Straty po pożarach są znaczne, a okoliczni mieszkańcy boją się, że w końcu ogień przeniesie się na domy.

Prawie 4,5 ha spalonego lasu i setki drzew do wycinki – to efekt pożaru, do którego doszło 8 lipca w Węglińcu.

– Wiatr wiał od strony tego pogorzeliska, było czuć swąd tej spalenizny, tych liści i ściółki. Obawy są, bo dom jest blisko. Z tej strony by się zaczęło palić, to i domy by się zaczęły palić. Tym bardziej, że Węgliniec cały jest w lesie. Była susza. Możliwe, że samo się zapaliło... Ludzie mówią, że to było podpalenie, ale nikogo nie złapali – słyszymy od miejscowych.

Pożar wybuchł w nocy. Jego dogaszanie z udziałem śmigłowców trwało kilka dni, bo po fali upałów wysuszona gleba, nawet po oblaniu wodą, zapalała się na nowo. To największy z dziesięciu pożarów, do których tylko w tym roku doszło na terenie nadleśnictwa Węgliniec. Zdaniem strażaków to nie może być przypadek.

– To jest czyjeś celowe działanie. W przypadku tego pożaru były dwa ogniska pożaru w niedalekiej odległości – ok. 100, 200 metrów obok siebie, w środku nocy – zauważa Łukasz Pańków, prezes Ochotniczej Straży Pożarnej w Węglińcu.

Leśnicy z Węglińca wyznaczyli więc 10 tys. zł nagrody za wskazanie podpalacza lasu. W ten sposób chcą przerwać falę pożarów i zapobiec kolejnym zniszczeniom, a tych jest sporo.

– Wprowadzimy ponownie roślinność drzewiastą już w przyszłym roku, ale tu mówimy o odtworzeniu samego lasu. Natomiast szkody, takie przyrodnicze, w rozumieniu zniszczenia organizmów roślinnych i zwierzęcych, które tam w tej ściółce i dni lasu żyły, są niepowtarzalne. Ta gleba musi się tam od nowa odtworzyć, tak że to już są lata – zamartwia się nadleśniczy Wiesław Piechota.

Leśnicy szacują, że drewno spalone w pożarach warte jest 16 tys. zł. Ale las trzeba będzie odtwarzać latami, a taką stratę trudno liczyć w złotówkach.