Na Białorusi był anestezjologiem, w polskim szpitalu pracuje jako sanitariusz. To i tak dobrze, bo Aleksej zaczynał od mycia sal. Nostryfikacja dyplomu lekarskiego w Polsce jest bardzo trudna i kosztowna. Tymczasem w naszych szpitalach brakuje i lekarzy, i pielęgniarek.

Aleksej Zhaludkou ma 30 lat, 6 lat temu skończył medycynę w Witebsku na Białorusi. Przez 4 lata pracował tam w szpitalu. – Przez 2 lata pracowałem jako anestezjolog na reanimacji dziecięcej, potem 2 lata jako radiolog – opowiada. 2 lata temu postanowił przeprowadzić się do Wrocławia. – Zacząłem jako salowy na oddziale zakaźnym, biegałem z mopem, ze ścierką – przyznaje.

Teraz Aleksej jest sanitariuszem, odprowadza małych pacjentów na oddział, wozi na badania. – Jest pracowity, sumienny, wyróżnia się kulturą osobistą, świetnie nawiązuje relacje z małymi pacjentami – uważa pielęgniarka Jolanta Kowalik. Wojewódzki Szpital Specjalistyczny we Wrocławiu może przyjąć ponad pół tysiąca pacjentów. Zatrudnia 200 lekarzy. – To mało, ale jakoś musimy sobie radzić – mówi dyrektor placówki Janusz Jerzak. Anestezjologa Alekseja zatrudniłby od zaraz. – Z tego co wiem zdaje egzaminy, dąży do uzyskania prawa do wykonywania zawodu w Polsce i bardzo chętnie go zatrudnimy, bo anestezjologów brakuje – przyznaje Janusz Jerzak.

We Wrocławiu na Uniwersytecie Medycznym ostatnio do egzaminu nostryfikacyjnego przystąpiło 14 osób. Zdały 2. Żeby mieć prawo wykonywania zawodu, trzeba później przejść staż i zdać Lekarski Egzamin Państwowy. Sama nostryfikacja kosztuje 3 tys. zł. Aleksej zarabia miesięcznie połowę tej kwoty. Wystarcza na skromne życie.