Kolejny odcinek programu Jacka Kurowskiego. Gościem dziennikarza TVP Sport był Łukasz Kubot, który wspólnie z Brazylijczykiem Marcelo Melo wygrał deblową rywalizację w Wimbledonie.

O tym, co czuł po wygraniu Wimbledonu

Czułem ciarki, satysfakcję, dumę... Na chwilę zatrzymał się czas. Podnosząc puchar, łzy same leciały mi z oczu. To była odpowiedź na wszystko. Poczułem się spełniony.

O spełnionym marzeniu

Będąc małym chłopcem, gdy stawiałem pierwsze kroki w tenisie, zawsze chciałem wystąpić na kortach Wimbledonu. Udało mi się spełnić to marzenie już w 2010 r., kiedy rywalizowałem w kategorii junior. Potem powtarzałem sobie, że jeśli będę się rozwijał, jeśli podtrzymam determinację, to będę mógł ugrać coś więcej. Potem przyszedł historyczny ćwierćfinał z Jurkiem Janowiczem, rozegrany w 2013, no a teraz wygrany turniej deblowy z Marcelo Melo... Kapitalne wspomnienia. Cieszy, że polski tenis przechodzi do historii Wimbledonu.

O pięciogodzinnym finale

Trzeba podkreślić, że trzy wcześniejsze mecze – również zakończone po pięciu setach – dodały nam pewności siebie. Byliśmy przygotowani na długi pojedynek finałowy. Wykorzystaliśmy doświadczenie mojego partnera, który kilka lat wcześniej, w parze z Ivanem Dodigiem, był o krok od zwycięstwa w Wimbledonie. To doświadczenie na pewno miało wpływ na końcówkę spotkania.

O balu mistrzów

To była niesamowicie nowa sytuacja. Zdążyłem zmienić bilety, byłem gotowy na powrót do Polski, ale okazało się, że muszę być na balu. Balu tylko dla zwycięzców, na którym nie ma miejsca nawet dla finalistów. Wyłącznie triumfatorzy, legendy tenisa z poprzednich lat. To było niesamowite. „Za pięć dwunasta” przygotowywano dla nas takie same garnitury, koszule, spodnie... Różniliśmy się od siebie tylko muszkami i krawatami. Wyglądaliśmy prawie jak drużyna piłkarska. Niesamowite przedstawienie.

(fot. PAP/EPA/NIC BOTHMA) (fot. PAP/EPA/NIC BOTHMA) Bal otwierała Garbiñe Muguruza, która przeszła przez cały hol ze swoim trofeum. Miałem ciarki. Potem była kolacja, potem „marsz” Federera, kolacja, rozmowy...

W pewnym momencie na wielkim telebimie pojawiły się sylwetki zwycięzców we wszystkich kategoriach – od juniorów przez deblistów aż po seniorów. Nie było żadnych tańców, co było zaskoczeniem, więc wszystko się bardzo szybko skończyło.

Sama obecność tam była jednak niesamowita. Stanie pomiędzy Rogerem Federerem a Rodem Laverem – to wielkie przeżycie.

O Marcelo Melo

Pamiętam, kiedy Marcelo w 2015 grał o „jedynkę” w rankingu deblistów. Wielka presja. Graliśmy turniej w Wiedniu i mówił: „Łukasz, jeżeli wygramy ten turniej, to będę numerem jeden. Spróbujmy!”. To był nasz pierwszy turniej, po raz pierwszy graliśmy razem i wygraliśmy. Tam się narodziło nasze porozumienie. Rok później wygraliśmy ten sam turniej, a w 2017 od stycznia próbujemy naszych sił.

Co do Marcelo – to chłopak o niesamowitym spokoju. W deblu bardzo ważne jest opanowanie. On stoi przy siatce, czuwa i po prostu robi swoje. Ja jestem w tym duecie tym energicznym chłopakiem, który może szybciej serwuje, ale bez niego byłoby mi bardzo trudno. Aż trudno mi sobie wyobrazić, co się z nim teraz dzieje w Brazylii.

(fot. PAP/Jakub Kaczmarczyk) (fot. PAP/Jakub Kaczmarczyk) O... Andrzeju Szarmachu

Gdy pan Andrzej był trenerem Zagłębia Lubin, a mój tata był jego asystentem, bardzo intensywnie trenowałem. On to widział i zawsze podkreślał, że „coś ze mnie będzie”.

Wiadomo, jaką drogą dyscypliną jest tenis, szczególnie na początku, a pan Szarmach był tym człowiekiem, który pożyczył nam wtedy bardzo dużo pieniędzy. Pamiętam takie rzeczy, dlatego chciałem mu się odwdzięczyć i zaprosić do loży na finał. Niestety, nie mógł dotrzeć, ale na pewno cieszy się razem z nami, bo wie, jaką drogę przeszedłem, żeby tam być.

O treningach z ojcem

Nie było presji ze strony rodziców, żebym trenował. Gdy coś już jednak robiliśmy, to staraliśmy się robić to na 100%. Utrzymałem tę dyscyplinę do dzisiaj. Gdy już byliśmy w hali czy na korcie, to starałem się wykonywać wszystkie ćwiczenia w całości. Nie było tak, że on mnie do czegoś zmuszał. To ja mówiłem: „chodź, tata! Potrenujemy!”.

O kankanie

To dla mamy. Pamiętam, że gdy wygraliśmy spotkanie ćwierćfinałowe, to zadzwoniła do mnie mama i mówiła: „no dobra, wygraliście, ale kankana nie było...”. Odparłem, że będzie po następnym spotkaniu. Był w półfinale, był też po finale, więc skończyło się happy endem.


ZOBACZ GALERIĘ ZDJĘĆ: WIELKI TRIUMF KUBOTA