„Zemsta Stalina” – tak niekiedy nazywa się barszcz Sosnowskiego, którego uprawa wiele lat temu wymknęła się spod kontroli. Groźne chwasty właśnie kwitną. Dolnoślązacy zawiadamiają odpowiednie służby o występowaniu niebezpiecznej rośliny. Skutki? Znikome.

Wysokość pędu do pięciu metrów, korzeń sięga w głąb ziemi na dwa metry. Niemal niezniszczalny, oficjalnie uznany za niebezpieczną roślinę inwazyjną. To barszcz Sosnowskiego.

– Jeden egzemplarz powoduje powstanie tysięcy nasion. Dwa tysiące zostają w glebie. Każde powoduje powstanie nowej rośliny matecznej – opowiada Jacek Jerzmański, architekt krajobrazu.

Niemal wszyscy boją się barszczu – niebezpiecznych oparzeń i trudno gojących się ran. Pan Henryk zobaczył chwast nad brzegiem Odry i natychmiast wezwał straż miejską. Okazało się, że to fałszywy alarm, bo to arcydzięgiel. W tym roku we Wrocławiu na 27 zgłoszeń w zaledwie sześciu wypadkach chodziło o groźny barszcz Sosnowskiego.

– Bardziej zwracamy uwagę na barszcze. Wydaje się, że jest go więcej, ale tego typu badań co do rozmieszczenia populacji nie mamy – mówi Magdalena Szymura z Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu.

Cztery lata temu ekolodzy opracowali mapę występowania tej groźnej rośliny i systematycznie ją uzupełniają na podstawie zgłoszeń mieszkańców. – Od razu podejmujemy interwencję. Zgłaszamy do straży miejskiej, wydziału ochrony środowiska, czekamy na szybką reakcję – zapewnia Mariusz Tokarz z rady wrocławskiego osiedla Strachocin – Swojczyce – Wojnów.

– Osoba, która jest właścicielem gruntu, jest odpowiedzialna za rośliny – zauważa Szymura. Nie ma jednak żadnych przepisów, które zmusiłyby właściciela do usunięcia inwazyjnej rośliny. Co gorsza, wycięty barszcz nie ginie. – Chwasty mają to do siebie, że odrastają – dodaje Tokarz.

Na walkę z barszczem wciąż nie ma specjalnych funduszy w budżecie państwa. Spektakularną karierę barszczu Sosnowskiego w latach 50. przerwały dwa fakty: po pierwsze nie smakował krowom, po drugie – ich mleko miało zapach... anyżu.