Protestują, ale wciąż ratują ludzkie życie. Ratownicy medyczni domagają się podwyżek i zmian w ustawie. Dzisiaj przynieśli do urzędu wojewódzkiego pismo z żądaniami.

Codziennie wyruszają, aby ratować komuś życie. – Zgłoszenia są przeróżne, od stanów zagrożenia życia, od utrat przytomności, jeździmy do udarów, do wypadków komunikacyjnych, do pacjentów z zawałami, jak również występują sytuacje błahe – mówią ratownicy. Podczas 24-godzinnego dyżuru otrzymują minimum kilkanaście wezwań do pacjentów. Co najmniej połowa z nich to fałszywe alarmy.

Na miejscu zdarzenia są zawsze pierwsi, spotykają się z różnymi zachowaniami pacjentów. – Bez względnie jest to praca bardzo stresująca, bardzo odpowiedzialna, bo często jest to walka o ludzkie zdrowie i życie – mówi ratownik Piotr Witos. – Zdarzają się sytuacje, gdy karetka gna na sygnale, a pieszy nie zwraca na to uwagi, a musimy też obserwować to, co dzieje się w ambulansie – dodaje Marcin Gromek.

Ratownicy medyczni zarabiają średnio 2,5 tys. zł. – To mało. Coraz więcej się od nas wymaga, jesteśmy przemęczeni, pracujemy na kontraktach czy umowach zlecenie nawet 400 – 500 godzin po to, aby zapewnić byt naszym rodzinom – mówią i domagają się podwyżek o 1600 zł.

W piśmie złożonym w urzędzie wojewódzkim, ratownicy żądają przyspieszenia prac nad nowelizacją ustawy o ratownictwie medycznym i podwyżek właśnie. – Od miesiąca ratownicy medyczni w całej Polsce prowadzą akcję protestacyjną i zupełnie nic się w naszej sprawie nie dzieje, ministerstwo jakby nas nie dostrzega – mówi Tomasz Wyciszkiewicz.

Wojewoda ma 30 dni na rozpatrzenie pisma. Tymczasem ratownicy planują kolejne, ogólnopolskie protesty. Najbliższy odbędzie się 30 czerwca.