Iskry, para, otwarty ogień i płynny metal. Do tego huk, wysokie napięcie i promieniowanie. Ta praca jest wyjątkowo wyczerpująca i wymagająca. I bardzo niebezpieczna.

Huta Głogów jest Jedną z trzech należących do KGHM hut miedzi. Piotr Płuciennik jest jednym z hutników. – Zdarzają się takie przypadki, że jakaś iskra może wpaść, są takie delikatne nieraz oparzenia. Przed każdym przepaleniem jest obawa, ale w sumie to jest kwestia przyzwyczajenia. Wiem jak się ustawić – twierdzi hutnik.

Pan Piotr jest spustowym pieca elektrycznego. – To jest jedna wielka niewiadoma w tym piecu co się może wydarzyć. Każda zmiana jest inna, jest potężne zgranie wśród załogi. Jeden drugiemu mówmy, że np. ma założyć maskę. Bezpieczeństwo jest najważniejszą rolą – dodaje Piotr Płuciennik.

W najgorętszym miejscu w hucie miedzi temperatura momentami dochodzi do 60 stopni Celsjusza, temperatura wewnątrz pieca to 1400 stopni Celsjusza. – Przetrwać przy takim spuście dwie godziny to trzy koszule trzeba wymienić, z maski kapie, ściągnie się kask – woda leci – opowiada Piotr Płuciennik.

Trzeba być człowiekiem odważnym, zdecydowanym i odpornym na stres, bo ta praca niesie ze sobą ogromny stres. Największym zagrożeniem jest płynny top, a więc żużel i stop miedzi, ołowiu i żelaza. Możemy mieć tutaj do czynienia z poparzeniem, ale też z emisją szkodliwych substancji, takich jak ołów, arsen – tłumaczy Marek Śmietana, kierownik Wydziału Pieca Elektrycznego Huty Miedzi Głogów.

Piec hutniczy płonie całą dobę, jest wygaszany raz na cztery lata, tylko po to, by zrobić przegląd. – Jest tu masę parametrów, które musimy pilnować. Sterujemy tym procesem. W fabryce cukierków nie jesteśmy – mówi Marcin Krzyżosiak, operator pieca elektrycznego.

Piotr Płuciennik od dziecka marzył by zostać hutnikiem. Tak jak jego ojciec. Teraz chce, by hutnikami byli jego synowie.