Coraz mniej kur na wsi. I nic dziwnego, bo po co kury, skoro jaja łatwo kupić dosłownie za grosze. Coraz rzadziej słychać pianie koguta. Przydomowe kurniki zniknęły z wiejskiego krajobrazu. Jednak są twarde dowody, że warto mieć nioski, kokoszki i koguty. Dlaczego? Choćby wyłącznie dla przyjemności.

Drób na wiejskim podwórku zajęty dziobaniem, gdakaniem i glancowaniem dzioba to rzadki widok. Kura zje wszystko. I ziarno i robala. Potem w składzie jaja jest dokładne odbicie jej diety. Ale Edward Niedoba nie trzyma kur dla jaj, tylko... dla ich urody. – Lubię kury, lubię naturę, a natura to zwierzęta, a zwierzęta to także kury – uważa Edward Niedoba z miejscowości Masłowiec.

W kurniku nie ma pospolitych kur, tylko rasowe, ozdobne. Te z opierzonymi łapkami i puszystym czepkiem, które wyglądają jak jedwabiste pudle to silki. Kochinki – czarne, bujnie upierzone z łapkami w kapciach i rodzime, pstre – zielononóżki kuropatwiane karłowate.

Oj, żaden pożytek, bo kura nie nadaje się do rosołu. Jajko za małe, żeby je sprzedać. W związku z tym zostaje ślepa miłość – śmieje się Edward Niedoba. I dlatego hodowca sadza kury na bażancich jajach, a przychówek wypuszcza do lasu. Kury zwykle rozdaje, a jaja znosi mu nawet pliszka w altance.

To trzeba lubić, to jest ok, a jeśli się nie lubi, to się policzy i wydaje się, że się nie opłaca. Taka ekonomika rolnictwa – twierdzi Edward Niedoba. W przypadku kur ozdobnych, jaja to korzyść dodatkowa.