„Nie chciałem nikogo zabić, cierpiałem na depresję” – Paweł R., który w maju podłożył bombę we wrocławskim autobusie, dziś stanął przed sądem. Mężczyzna usłyszał m.in. zarzuty wymuszenia rozbójniczego i usiłowania zabójstwa wielu osób przy użyciu materiałów wybuchowych.

Cierpiałem na depresję. W moim życiu była tylko samotność i rozpacz. Czułem odrzucenie od rówieśników – Paweł R. po raz pierwszy przed sądem opowiedział o tym dlaczego podłożył bombę. Wcześniej odmawiał składania wyjaśnień. Przyznał się do czynów, ale nie do zarzutów.

19 maja rano Paweł R. zadzwonił pod numer 112 i zażądał 120 kg złota, bo inaczej we Wrocławiu zaczną wybuchać bomby. Tego samego popołudnia zostawił w autobusie linii nr 145 ładunek wybuchowy. – Nie chciałem zabić – wyjaśniał. Prokuratura w to nie wierzy. Paweł R. usłyszał zarzuty o charakterze terrorystycznym.

Ten komunikat, który był przekazany do Wojewódzkiego Centrum Powiadamiania Ratunkowego. Tam zapowiedziano przecież drugą Brukselę. Dzisiejsza linia obrony jest polemiką ze zgromadzonym materiałem dowodowym i jest to linia obrony nieudolna – uważa Tomasz Krzesiewicz z Prokuratury Krajowej we Wrocławiu.

Dziś przed sądem zeznawała kobieta, która poinformowała kierowcę, że ktoś zostawił w autobusie torbę. – Kierowca wyłączył silnik samochodu, chwycił torbę i wyniósł na przystanek. I po chwili był wybuch – wspomina Magdalena Z., pasażerka autobusu.

Eksperyment procesowy, który przeprowadziła prokuratura, wykazał, że jeśli do wybuchu doszłoby w środku pojazdu, byłoby wielu zabitych i rannych. Wszyscy pasażerowie mają status pokrzywdzonych.

Paweł R. przed sądem mówił, że żałuje tego co zrobił, ma wyrzuty sumienia i będzie je miał do końca życia. – Przepraszam wszystkich, których naraziłem na niebezpieczeństwo i bardzo proszę o przebaczenie – mówił.

Mężczyźnie grozi dożywocie. Biegli uznali, że w chwili popełniania czynów miał ograniczoną poczytalność, więc sąd będzie mógł złagodzić mu karę.