W szczycie sezonu sadowniczego owoców jest w bród - więcej niż w ubiegłym roku - a ich ceny są przyjazne klientom. Nadwyżki schodzą jak woda. Polska jako trzeci producent jabłek na świecie zasypuje swoimi owocami zagraniczne rynki. A poszukujący sadowniczych okazji kupcy penetrują dolnośląski rynek.

Ciężko wyprodukować, jeszcze ciężej sprzedać - mówią sadownicy oczekujący na klientów - właścicieli warzywnych sklepów. Łatwo nigdy nie było i nie jest. Sadownik powinien owoc sprzedać na miejscu, a nie tutaj siedzieć i się męczyć. To tragedia - mówi Longin Natorski z miejscowości Szwejki Nowe.

Coraz częściej to nie rynki hurtowe, ale sieci sklepów i hipermarkety dyktują ceny owoców i warzyw. I to z reguły znacznie niższe niż to, co osobiście rolnik może wytargować na placu.

Igor Rubin przyjechał po zaopatrzenie swoich sklepów "Rosija" w Berlinie. Płaci gotówką i bierze wszystko. Ogórki, maliny, truskawki, jabłka - wszystko schodzi - mówi kupiec z Berlina. Największym powodzeniem cieszą się polskie jabłka.

W sadach jeszcze trwają zbiory jesiennych odmian. Co nie trafi od razu na rynek - powędruje do przechowalni owoców. Nadwyżki coraz częściej sadownicy przetwarzają na własne soki. W okolicach podwrocławskiej Lutyni tłoczy je już trzech sadowników. Z własnego sadu, dzięki przetwórstwu, możną wycisnąć większe zyski. I na dodatek wylansować lokalną markę. Dolnośląskie lokalne produkty weszły na rynek, ale w aptekarskich ilościach. Z definicji - nie są masowe, tanie ani łatwe do zdobycia.

Właśnie teraz jabłka są najsmaczniejsze i w największym bogactwie odmian. Warto to wykorzystać.

Jadwiga Jarzębowicz